Rozdział 1.



Rozdział 1.
„Coś wyjątkowego.”

Nie mogę w to wszystko uwierzyć. Mój brat, mama, tata walczą o życie a ja siedzę tutaj jak dureń i na co ja czekam? Aż umrą? Wolałabym żebym to ja leżała na tym pieprzonym OIOM-ie a oni by tu siedzieli i czekali na informacje co ze mną.

-Przepraszam!-zawołałam do jakiegoś lekarza, biegnąc.
Chciałam podbiec do lekarza, ale niestety nie zdążyłam bo chłopak z blond końcówkami i niebieskimi oczami wylał na mnie kawę. Nie wiem, czy to zrobił specjalnie czy nie ale się lekko wkurzyłam.

-Jejku! Przepraszam! Nie chciałem! - zaczął mnie przepraszać.

-Uważaj jak chodzisz idioto! - krzyknęłam zirytowana.

-Naprawdę nie chciałem, bardzo mi przykro.

Ominęłam go i szybko pobiegłam do łazienki, aby chociaż trochę zmyć tą plamę po gorącym napoju. To już nie chodzi o to, że lekko mnie poparzył ale będę musiała chodzić z taką plamą. Po parunastu minutach udało mi się ją zmniejszyć i wyszłam. Zrobiło mi się głupio przez to, że tak na niego się wydarłam i go nazwałam. Z natury jestem spokojnym i miłym człowiekiem i może przez to, że byłam zdenerwowana zachowałam się niegrzecznie.

-Przepraszam doktorze...!-krzyknęłam zerkając na identyfikator, który nosił na fartuchu. -Hemmings.

-Tak?

-Pan opiekuje się moją rodziną i..chciałabym wiedzieć co z nimi.

-Więc... -nagle przerwał bo został wezwany na OIOM, bo ktoś właśnie umierał. UMIERAŁ. Szybko za nim poleciałam mając nadzieję, że to nikt z mojej rodziny. Jesteśmy pod salą 112. Tam gdzie leżeli moi rodzice. Zobaczyłam tylko jak  jak ratują tatę a później już nic, bo zemdlałam. Obudziłam się i leżałam na kolanach tego chłopaka, który jeszcze niedawno wylał na mnie gorącą ciecz. Było mi strasznie głupio, bo wyżyłam się na nim a on mi pomógł. Podziękowałam mu i uśmiechnęłam się. Wstałam bo podszedł do mnie doktor Hemmings.

-Pani Douglas, prawda? - zapytał.

-Tak, rozmawialiśmy jeszcze parę minut temu.

-Muszę panią z żalem serca poinformować, że niestety nie udało nam się uratować pani taty.
O Boże, co? Nie. To nie prawda. Niech ktoś mi powie, że to tylko jakiś głupi żart. Tak bardzo byłam bezradna w tym momencie. Przed wyjazdem się z nim pokłóciłam i nawet go nie zdążyłam przeprosić za moje zachowanie, a on teraz nie żyje. Nie mogłam nawet pojąć znaczenia tych słów. To do mnie jeszcze nie dotarło, że już się z nim nie spotkam, nie zobaczę wysokiego mężczyzny z czarnymi włosami i brązowymi tęczówkami. Już nigdy nie będę jego kochaną córeczką, nie będziemy już jadać przy stole śniadań, obiadów i kolacji. Już nigdy nie usłyszę od niego kocham cię. Nie będzie już rodzinnych wyjazdów. Proszę. Niech to nie będzie prawdą.

-A co z mamą i moim bratem?- powiedziałam czując piekące oczy.

-Ta noc będzie decydująca, aczkolwiek nie daję dużych szans na przeżycie.
-Rozumiem. Dziękuję. - powiedziałam i wyszłam. Usiadłam na ławce, bo znów zrobiło mi się słabo. Nie mogłam tego wszystkiego zrozumieć. Oni nie przeżyją a ja co? Mam się teraz cieszyć życiem? Tą pieprzoną Wigilią? Po co jechaliśmy do ciotki do Doncaster? Żeby się na nią popatrzeć? Jak ja sobie bez nich poradzę?  Po chwili zorientowałam się, że gadam sama do siebie a obok mnie siedzi ten chłopak, który wylał na mnie kawę.

-Wody? - zapytał.
Westchnęłam -jeśli to przywróci moją radość do życia to z chęcią. - chłopak uśmiechnął się lekko i podał mi kubeczek z wodą.

-Dzięki. Od razu lepiej – powiedziałam z lekkim uśmiechem.

-Niall jestem – powiedział po paru minutach ciszy.

-Kate – odpowiedziałam podając rękę. -Przepraszam, że krzyknęłam na ciebie.

-Nie przepraszaj. Pewnie byłaś zdenerwowana. Rozumiem.-powiedział i
uśmiechnął się pocieszająco.

Po kilku minutach siedzenia podszedł do niego lekarz. Z tego co dobrze przeczytałam nazywał się Booth. Odeszli kawałek ode mnie tak abym nie słyszała i jak tylko zobaczyłam u Niall'a łzy nie wiedziałam co się dzieje. Zsunął się w dół po ścianie i schował twarz w dłoniach. Nie miałam pojęcia co zrobić więc podeszłam tylko po to by nie czuł się samotny. Usiadłam obok niego i przytuliłam go. Odwzajemnił to i płakał. Bardzo. Łkał jak małe dziecko i zrobiło mi się go bardzo żal. Po parunastu minutach przytulania odkleił się. Miał bardzo czerwone oczy. Dopiero teraz zauważyłam, że były one błękitne i naprawdę cudowne. Zapatrzyłam się w jego tęczówki i to odrobinę za długo. Ocknęłam i nie odezwałam się tylko poprosiłam go byśmy usiedli na ławce. Zgodził się i wstaliśmy z zimnej podłogi i usiedliśmy na drewnianej ławce.

-Zostałem sam.-zaczął niepewnie.

-Dlaczego?

Może głupie pytanie ale nie wiedziałam co mam innego odpowiedzieć. Nigdy w sumie nie pocieszałam ludzi, bo nie miałam tak właściwie kogo. Potarłam jego ramię pokrzepiająco by zaczął mówić i poczuł, że postaram się pomóc.

-Nie-e m-mam już nikogo.. w-właśnie dowiedziałem się o śmierci m-moich r-rodziców, którzy mieli wypadek.-załkał. B-Boże. To co powiem będzie egoistyczne, ale cieszę się, że nie chciałem jechać z nimi. Kto by teraz zajął się ich pogrzebem? No kto, skoro nie mamy żadnej bliskiej rodziny? Do dupy z tym wszystkim..

-Niall, nie jesteś sam. Na pewno masz wielu przyjaciół, którzy wesprą Cię w tych trudnych dla Ciebie chwilach.- uśmiechnęłam się lekko, dodając mu otuchy.

-Masz rację. Dziękuję.

Uśmiechnęłam się lekko i nic już nie odpowiedziałam. Było mi smutno z tego powodu, bo ja jeszcze mam jakąś nadzieję, na to, że nie zostanę sama. A on? Jest całkowicie sam. Bez nikogo. 

-Więc.. mogę z tobą zostać?-zapytał.

-Nie wiem czy możesz, bo masz tyle spraw do załatwiania..-spuściłam wzrok.

-To prawda, ale ty z tego co widziałem masz ten sam problem co ja. Racja?

-Tak.. tylko nie mogę nadużywać twojej uprzejmości byś został tutaj ze mną.
 Powiedziałam, mając jakąś nadzieję, na to, że w końcu sobie pójdzie a ja zostanę sama. Nie potrzebuję niczyjej litości. Zawsze radziłam sobie ze wszystkim sama więc teraz też tak będzie.

-Zostanę i będę tutaj z tobą dopóki nie dowiesz się co zresztą twojej rodziny.

-Wiem tylko tyle, że moja mama i brat nie mają wielkich szans na przeżycie – oczy mi się zaszkliły a on od razu mnie przytulił mówiąc, że będzie dobrze. Podziękowałam mu tylko smutnym uśmiechem i siedzieliśmy tak dopóki nie zasnęłam w jego ciepłych ramionach.

1 komentarz:

Orbitka Szablonovo